Nowy Jork - 666 km (+ Atlantyk)
Dalej kilometry przejechane na kołach będzie liczył tajemniczy przyrząd z wyglądu przypominający telefon, a efekty jego pracy pokażą się na mapie internetowej, pożyjemy – zobaczymy…), Nowy Jork
Ala z Sergiuszem i Krzysztof jako pierwsi sprawdzili wyrozumiałość amerykańskich urzędasów imigracyjnych. Siwy włos na głowie Seku i obłęd w oczach Krzyśka (gdy pytali o coś tam po amerykańsku) uchronił ich przed deportacją.
Hotel (w okolicach Greenpoint na Brooklynie), który zarezerwowali, okazał się norą dość ponurą. Między łóżkiem a ścianą było 9,5 centymetra przestrzeni. But się nie mieści! Jednak przy otwartych drzwiach łazienki siedzi się całkiem wygodnie. Za 120 dolców! Ale w końcu w Chinach sypialiśmy w wiele gorszych miejscach. Z kolei narzekania Amerykanów, na to że w Polsce są płatne toalety, okazały się być szczytem hipokryzji, gdyż w nowojorskich restauracjach i barach toalety są „tylko dla klientów”. Cała trójka (zresztą debiutująca na nowojorskim bruku) szczęśliwie i tak była zafascynowana nigdy nie zasypiającym miastem. I upałem, którego się nie spodziewali.
Pierwszy na miejscu kontakt z brokerem, który ma nam ułatwić odprawę celną, optymizmem nas nie natchnął. Coś tam gość "rzeźbi", że we czwartek może się uda...
Zostawili wszystkie strachy w hotelowej norce, poszli na Manhattan i utopili niepokoje w koktajlu Manhattan. Słodki był cholera niemożebnie i z wisienką. Pod wieczór temperatura ponad osiemdziesiąt stopni czegoś na „F”, co nawet nie wiadomo jak się pisze, a co dopiero przeliczać na Celsjusze. W każdym razie było tych amerykańskich stopni za dużo. Ludzi na Times Square też.